kontur (2 kB)

Odznaka KTG

Ukraina - Karpaty Wschodnie

Tęczą kwiatów barwny połoniny łan...

w dniach 9 - 14.09.2016

pasek (6 kB) ukraina01 (91 kB)

Prowadzący: Eugeniusz Halo i Marek Prostacki – Przodownicy turystyki górskiej.
Pogoda: piękne lato

Plan wycieczki:

Dzień 1 - 09.09.2016 piątek

Dzień 2 - 10.09.2016 sobota

Dzień 3 - 11.09.2016 niedziela

Dzień 4 - 12.09.2016 poniedziałek

Dzień 5 - 13.09.2016 wtorek

Dzień 6 - 14.09.2016 środa

pasek (6 kB)

UKRAINA - KARPATY WSCHODNIE

Tradycją ostatnich lat w Hutniczo-Miejskim Oddziale PTTK w Krakowie są wrześniowe wyjazdy na Ukrainę. Tym razem zaplanowaliśmy pobyt na Zakarpaciu i przejście 5 pasm Beskidów. Tak więc w dniu 9 września grupa 55 osób wyruszyła autokarem w kierunku granicy z Ukrainą. Po długiej odprawie w Korczowej o świcie dotarliśmy do miejscowości Filipiec. Jest to maleńka miejscowość u podnóża Połoniny Borżawa, ale o wielkich perspektywach rozwoju. Niezła baza noclegowa o zróżnicowanej standardzie, wyciągi narciarskie i rozbudowywana sieć szlaków turystycznych i rowerowych to atuty tej miejscowości. Filipiec powitał nas mgliście i chłodno. Naszym pierwszym celem był najwyższy szczyt Borżawy – Stoj (1677 m), na który wyruszyliśmy szlakiem niebieskim. Szlak ten początkowo prowadził szutrową drogą, która doprowadziła nas do górnej stacji wyciągu krzesełkowego pod Gimbą, gdzie w „pawilonie” raczyliśmy się herbatką imbirową. Tak wzmocnieni, stromym podejściem zdobyliśmy szczyt Gimba (1491 m) znajdujący się w ramieniu odchodzącym od Wysokiego Wierchu w stronę Magury Żydowskiej. Gimba jest ulubionym szczytem paralotniarzy. Ze szczytu, już w pełnym słońcu, podziwialiśmy widoki na całe pasmo Borżawy, a w stronę pasma Świdowca jak wyspy na oceanie, wystawały z mgieł zalegających w dolinach niezliczone wierzchołki gór. Z Gimby ruszyliśmy już szlakiem czerwonym w stronę Wysokiego Wierchu, zatrzymując się na przełęczy na odpoczynek. Potem szlakiem niebieskim ruszyliśmy na szczyt Stoja piękną i widokową ścieżką. Ostatnie podejście trochę strome wyprowadziło nas na wierzchołek najwyższego szczytu Borżawy, uwieczniony betonowym obeliskiem. Szczyt ten ma kilka nazw – Stoj, Stij, Stohy. Wokół wierzchołka znajdują się pozostałości po radzieckich instalacjach wojskowych – po białych kulach osłon radarów pozostały tylko fundamenty. Po niezliczonych fotkach wyruszyliśmy tą samą trasą na Wysoki Wierch, skąd szlakiem czerwonym w stronę szczytu Płaj, na którym znajdują się zabudowania stacji meteorologicznej. Zrezygnowaliśmy z wyjścia na szczyt i już bez szlaku najpierw trawersem a później bardzo stromo w dół dotarliśmy do pierwszych zabudowań wsi Hukliwe. Jeszcze przejście przez całą wieś i wreszcie osiągnęliśmy końcowy cel – pensjonat Natalia, w którym znajdowała się nasza baza noclegowo-żywieniowa.

Dzień drugi to kolejna połonina – Krasna (Czerwona). Przemieściliśmy się po kiepskich ukraińskich drogach do Kołoczawy skąd szlakiem czerwonym mieliśmy dojść na grzbiet Połoniny. Słabe oznakowanie szlaku w Kołoczawie spowodowało, że poruszaliśmy się bez szlaku, najpierw wygodną ścieżką, która doprowadziła nas do doliny potoku, dalej jej korytem i na koniec stromym stokiem do grzbietu połoniny, gdzie wreszcie odnaleźliśmy szlak czerwony. „Szkoła przetrwania” tak niektórzy nazwali tą trasę. Dalej już bez przeszkód dotarliśmy do podnóża góry Topas (1548 m) z widoczną z daleka wieżą. Większość uczestników skorzystała z możliwości wyjścia na szczyt. Dalej trasa biegła już połoniną, po drodze minęliśmy stos rur o dużej średnicy jako pozostałość po budowie gazociągu, który biegnie szczytami połonin, by wreszcie osiągnąć szczyt Syhłański (1564m). Na szczycie umieściliśmy tabliczkę Korony Beskidów i udaliśmy się w drogę powrotną. Cały czas towarzyszyły nam widoki na Gorgany – od Strimby przez Horb i Negrowiec po grzbiet Piszkonii. Obok stosu rur ma swój początek szlak zielony, który sprowadził nas na Przełęcz Przysłop, skąd szlakiem żółtym zeszliśmy do Kołoczawy. Przez Kołoczawę przechodziła słynna Linia Arpada – system umocnień zbudowanych przez Węgrów w latach 1943-44, jako bariera przed atakiem Armii Czerwonej.

W trzecim dniu zmieniliśmy kierunek i udaliśmy się do wsi Biłasowica u stóp Pikuja. Szczyt ten jest często widoczny z Bieszczad i swoją charakterystyczną sylwetką przyciąga uwagę turystów. A my mieliśmy właśnie okazję być na nim osobiście. Z Biłasowicy wyszliśmy szlakiem czerwonym i po osiągnięciu grzbietu (stromym podejściem „krowim szlakiem”) dalej przemieszczaliśmy się lasem aż do podnóża Pikuja, który stąd wyglądał niezwykle imponująco i zapowiadał litry potu wylane na jego zdobycie. Rzeczywistość okazała się nie taka straszna i wszyscy osiągnęli cel. Trzeba pamiętać, że przez szczyt Pikuja biegła granica między Polska a Czechosłowacją. Ze szczytu pięknie prezentował się grzbiet biegnący w stronę Przełęczy Użockiej i granicy z Polską. Na ostatnim planie rysowały się Bieszczady z Haliczem i Tarnicą. Na obelisku na szczycie umieściliśmy tabliczkę Korony Beskidów i po sesji zdjęciowej rozpoczęliśmy zejście do Biłasowicy. Schodziliśmy szlakiem zielonym, który przeplatał się z pozostałościami starego szlaku żółtego. W drodze powrotnej do Hukliwego zatrzymaliśmy się na zakupy w Wołowcu. Jest to miasto powiatowe z dużą stacja kolejową. Ciekawostką jest pomnik gwoździa kolejowego z odą do gwoździa.

Czwarty dzień przeznaczyliśmy na odwiedzenie Połoniny Równej. W tym celu udaliśmy się do miejscowości Paszkowce. Stąd szlakiem czerwonym (dawniej żółty) przeszliśmy na Polanę Prełuka, na której znajduje się wysokogórskie gospodarstwo hodowli koni. Z polany przez łąki na których roiło się od różnorakich motyli dotarliśmy do skraju lasu którym dość stromo (i bez znaków) doszliśmy do podnóża połoniny. Stąd roztaczał się piękny widok na pasmo Pikuja, Ostrą Horę i pozostałe szczyty Połoniny Równej. Ale do szczytu pozostało jeszcze 40 min. Zajadając się po drodze brusznicami dotarliśmy na szczyt z wielkim krzyżem i pozostałościami zabudowań radzieckiej bazy wojskowej. Część grupy zdecydowała się jeszcze na wyjście na Ostrą Horę, a pozostali po kontemplacji widoków i po odpoczynku ruszyli w drogę powrotną. Część osób wracała szlakiem, część skrótem ale wszyscy szczęśliwie dotarli na Polanę Prełuka. Tu mieliśmy okazję podziwiać zjawisko tworzenia się trąby powietrznej. Postój skróciła nam powiększająca się chmura burzowa, z której trochę nam popadało w drodze powrotnej do Paszkowców. Z niewielkim opóźnieniem wyruszyliśmy w drogę powrotną do Hukliwego.

Dzień wyjazdu.

Spakowani wyruszyliśmy w drogę powrotną do kraju. Jednak to nie koniec atrakcji turystycznych, bowiem w tym dniu zaplanowaliśmy jeszcze wyjście na najwyższy szczyt Gór Sanocko-Turczańskich – Magurę Łomniańską (1024m). W tym celu musieliśmy dojechać do miejscowości Hrozewo (dawniej Grąziowa). A o mały włos by nam się to nie udało bowiem natrafiliśmy na uszkodzony most z ograniczeniem do 10 ton, co dla naszego autokaru było zbyt dużym wyzwaniem. Po rozmowie z robotnikami okazało się że od wczoraj oddano do użytku most tymczasowy po którym można przejechać (tylko znaku nie miał kto zdjąć …). Tak więc udało nam się dotrzeć do wsi Hrozewo zamieszkałej przez ludność bojkowską. Oczywiście na Magurę nie prowadzą żadne szlaki znakowane. Początkowo szliśmy piękną łąką z mnóstwem grzybów ale ścieżka po wejściu do lasu zanikła i do samego grzbietu przedzieraliśmy się dziewiczym lasem z ostrężynami, skutecznie blokującymi nasze nogi. Ale wreszcie dotarliśmy do grzbietu, skąd ciągiem polanek na szczyt na którym znajduje się pomnik upamiętniający żołnierzy Armii Czerwonej. Droga powrotna nie była wcale łatwiejsza, ale szczęśliwie wszyscy cało wrócili do Hrozewa. W godzinach późno wieczornych dotarliśmy do Krakowa.

Podsumowanie:

Zdobyliśmy 5 szczytów do Korony Beskidów, przeszliśmy 110 km pieszo, pokonując 5660 m przewyższenia. Trzy osoby zdobyły Koronę Beskidów. Noclegi w pensjonacie Natalia w Hukliwym w dobrym standardzie z basenem i dostępną, choć płatną sauną. Pogoda dopisała nam znakomicie. Piękne widoki wynagrodziły nam włożony trud. Wieczorne spotkania przy śpiewie z akompaniamentem gitary dodały uroku tej imprezie.

Pozdrawiam,
Marek Prostacki

pasek (6 kB)

Ukraina 2016

Piątek - 09.09.2016 r.

Chyba ta tradycja za szybko nie minie,
We wrześniu, Oddział wędruje po Ukrainie.
W tym roku na trasach też będzie miło,
Jest szansa, by kilka osób Koronę zdobyło.
O ósmej wieczorem, z Oddziału wyjeżdżamy,
Długą trasę przecież, „do zrobienia” mamy.
Nie wiem, czy to normalne, czy też nienormalne?
Na tylnym pokładzie, były śpiewy chóralne!
Dwie piosenki miały powodzenie spore,
To były: „Sokoły” oraz „Ore, Ore”.
Jedna Pani była, „wadliwa na umie”,
Cieszyła się, że celnik, po polsku rozumie.
A to był polski celnik! Więc z tego wynika,
On od dzieciństwa się uczył tego języka …
Druga, w autobusie, z WC korzystała,
Zatrzasnęła się, i: „Ratunku!” - wołała.
Grupa pośpiewała, no a potem śpimy,
Mgła jest bardzo duża, więc nic nie widzimy.


Sobota - 10.09.2016 r.

ukraina02 (72 kB)

Towarzystwo, po podróży, to jest nieco ckliwe …
Lecz jesteśmy u celu - miejscowość Hukliwe.
Tu się przebieramy, no i startujemy,
Niebieskim my szlakiem, do góry idziemy.
Lecz dzisiaj na trasie, nie będzie „zabawy”,
Do zdobycia przecież, jest Pasmo Borżawy.
Od początku stromo, pod górę ruszamy,
Aż trzydziestokilometrową trasę mamy.
Pierwszy etap stromy, ale poszło gładko,
Wzdłuż wyciągu doszliśmy, do baru z herbatką.
Słońce na szaleństwa nam dziś nie pozwala,
Od rana mocno grzeje, karczycha opala!
Więc idziemy normalnie, żadne tam wyskoki,
Zdobywamy szczyt Himba oraz Wierch Wysoki.
Teraz szczyt najwyższy, idziemy na Stija,
Prawie dwie godziny, już od startu mija.
Na różnych pojazdach tubylcy nas mijają,
Oni tu pracują … jagody zbierają.
Na Stiju, zbiorowe zdjęcie sobie robimy,
O godzinie trzynastej, na dół już schodzimy.
W tym upale, w tym skwarze, bardzo się męczymy,
I prawie sześć godzin do wioski schodzimy.
Jeszcze koło wieży tv przechodzimy,
I drogą szutrową, na sam dół schodzimy.
Mimo ciężkiej trasy, nastrój jest bojowy,
Wypijamy piwo oraz kwas chlebowy.
Potem jest kolacja i zakwaterowanie,
Po nocy w autobusie, będzie smaczne spanie.


Niedziela - 11.09.2016 r.

ukraina03 (78 kB)

A dzisiaj na trasie, ma nie być „zabawy”,
Pójdziemy na szlak, z miejscowości Kołoczawy.
Czerwonym szlakiem na trasę ruszymy …
Po pewnym czasie, jednak szlak gubimy!
Idziemy do góry, korytem strumienia,
Woda, zbutwiałe drewno i dużo kamienia …
A potem, przez las stromo - jeśli ktoś zapyta,
To krótko określę: „To była wyrypa!”
Bo prawie pionowo, do góry zmierzamy,
I wreszcie na czerwony, ponownie wracamy.
Teraz trochę łagodniej, i już nas nie dziwi,
Że widzimy, kolejną na trasie, wieżę tv.
Teraz bardzo stromo, do góry się wspinamy,
I na szczycie Topas, kolejną wieżę mamy.
Na koniec nas czeka, rzec można „dopust Pański”,
Do zdobycia cel dzisiejszy - szczyt Sychłański.
Prowadzący mówili, że będzie „lajtowo”,
A wędrówka dzisiaj, zmęczyła nas zdrowo.
Bo cały czas było: schodzenie - podchodzenie,
Od takiej wędrówki, było to zmęczenie.
I po czterech godzinach, na szczycie stajemy,
Kanapki zjadamy, resztę wody pijemy.
Ażeby Sychłąński oznaczony był „lepi”,
Prezes Gienek na szczycie tabliczkę przylepił.
Po tylu godzinach, nareszcie schodzimy,
Przy rurach gazowych, zielony szlak widzimy.
Ktoś mówił: „Tym nie chodźcie!” - i miał dużo racji!
Pięćset metrów, po kamieniach, deniwelacji!
Zejście tym zielonym, to była jedna męka,
Niejeden turysta, tam na zejściu, kwękał.
A na dole jeszcze sześć kilosów wędrowania,
Ta wycieczka była dziś - do zajechania!
Nareszcie w Kołoczawie, „mahazin” trafiamy,
Do wyboru: piwo, kwas chlebowy - mamy.
Dzisiaj bardzo późno do hotelu wracamy,
Na obiadokolację rosołek zjadamy.
To przecież niedziela, rosół podać wypada,
Większość w domu, w niedzielę, tylko rosół jada!
A potem pod wiatą, bardzo miło było,
Dużo się śpiewało, „ociupinkę” piło.
Zabawa pod wiatą, była wielce udana,
Podobno niektórzy, zabawili do rana …


Poniedziałek - 12.09.2016 r.

ukraina04 (82 kB)

Po wczorajszym marszu, dzisiaj lepsze miny,
Podobno wspinaczki, tylko cztery godziny?
Wszystkich widok na Pikuja bardzo zachwyca,
Z miejscowości startu, wioski Biłosewica.
Na dziewiątą, do tejże wioski dojeżdżamy,
Fachowość Alberta, nagradzamy brawami!
A potem już dla nas, nie ma zmiłowania,
Trzysta przewyższenia, czas do „zasuwania”.
Potem, długo przez las, były lepsze miny,
Do czasu gdy wyszliśmy, na skraj połoniny!
Wszyscy w górę patrzą i nie dowierzają,
Naprawdę, tę „ścianę płaczu”, zdobyć mają!
Trzysta metrów w górę, po pionowej ścianie,
Czy komuś się coś złego tam nie stanie?
Pogoda wspaniała, dzień naprawdę uroczy,
Jedyny minus, słońce świeci prosto w oczy.
Już widzimy obelisk, na Pikuja szczycie,
Zanim tam dojdziemy, to „stracimy życie”.
Grupa doświadczona „tanio nie sprzeda skóry”,
Z mozołem, bo z mozołem, ale idzie do góry.
(Z jakże wielkim trudem i ciężkim mozołem,
Ostatni przybył Jurek … Z wywieszonym ozorem …
Jurkowi w trasie, Grzesiek dotrzymuje kroku,
Idzie z wypiętym brzuchem oraz z łezką w oku …)
Na szczycie Pikuja pomnik stoi stary,
Godzinę leżymy, tyle z nas „uszło pary”.
Horyzont nieco zamglony, lecz się rozglądamy,
I w polskich Bieszczadach, Tarnicy szukamy.
Schodzimy szlakiem żółtym, krajobraz się zmienia,
Najpierw połoniną, potem las wzdłuż strumienia.
Każdy z przodowników, chyba źle nam życzy,
Trzeba pokonać osiemset metrów różnicy.
Gdy grupa czołowa jest już „ledwo żywa”,
Znajdujemy „mahazin”, pełen kwasu i piwa.
By zmęczony organizm dobrze nawodnić,
Trzeba co najmniej trzy kufle piwa wypić!
Gdy grupa na dole, do Wołowca jedziemy,
Bo turystyczny zakup, zrobić tam chcemy.
I kto w tej pięknej Polsce będzie tyle pił?
Tych butelek: „7 – niebios” oraz „9 – sił”.
A po dosyć obfitej i smacznej kolacji,
Pani „Doktor Agata” przystępuje do akcji.
Przebija pęcherze, wyciska, smaruje …
I Ona to robi, tylko za: „Dziękuje”!
Też z „porady” korzystam i co u Niej słyszę,
Albert puścił z głośników, jakże piękną „Ciszę”.
(Ta piękna melodia, z pogrzebem się kojarzy.
Albert „na zabiegu”, nie wie co się zdarzy!)
Na tym dzień dzisiejszy wreszcie zakończymy,
Chociaż? Jeszcze „imprę”, w wiacie zaliczymy …


Wtorek - 13.09.2016 r.

ukraina05 (70 kB)

Czy będzie w tej wycieczce, dzień łatwiejszy który?
Od razu, ze startu, kamienną rynną do góry!
Potem trochę wytchnienia, ale nas nie minie,
Kolejne przewyższenie, w pierwszej marszu godzinie.
Gienek do północy napitki smakuje,
Rano, jak szalony, na czele grupy „pruje”.
I On, prowadzący, to jest „kuli warty”,
Mówił: „Będzie łagodnie” - lecz to były żarty!
Cały czas do góry, ten szlak się nie zmienia,
Jasiu nam podaje: „Pięćset przewyższenia!”
I wreszcie po płaskim, z lasu wychodzimy,
Agroturystyczny ośrodek widzimy.
To duża polana, zwie się Perełuka,
Jacek, jak to Jacek, „damaszniego” szuka.
Monia krzyczy: „Ogiera!” - ubaw jest po pachy,
Bo się okazało, że są same wałachy …
I znowu wspinaczka, powie mi to który,
Po co jeżdżę na Ukrainę, w strome góry?
I cały czas w górę, to już trochę dziwne …
Nareszcie w oddali - Połonina Riwne.
No i szczyt jest tuż, tuż - krzyż w oddali widzimy,
To złudzenie. Trzy kilometry robimy.
Słońce znowu świeci, mocno się męczymy,
Po czterech godzinach, na Riwnej stoimy.
Tu robimy zdjęcia, tabliczkę znów lepimy,
I po odpoczynku, do auta schodzimy.
(A sześć osób z Riwnej, tam Zygmunt dowodzi,
Daje popis siły … i na Ostrą wchodzi.)
Zejście nie jest łatwiejsze, bo znowu jest stromo,
Ale grupa zejść musi - to przecież wiadomo.
Grupa się Gienkowi, do „skóry dobierze”,
Za skręcone kostki, pęknięte pęcherze …
Lecz gdy są w aucie, napięcie opada,
Każdy swe przeżycia z trasy opowiada.
(U Tadka i pod wiatą, dwie imprezy były,
Nikt nie wie dokładnie - kiedy się skończyły!)


Środa - 14.09.2016 r.

ukraina06 (107 kB)

Od rana turyści, są przy autokarze,
Bo dzisiaj wracamy - pakują bagaże.
Lecz nie odpuścimy Łomniańskiej Magury,
Przejazd do Graziowej - ukraińskiej „dziury”.
Ta Magura, to będzie ostatnia tu zdobycz,
Po drodze mijamy: Stryj, Sambor, Drohobycz.
Od razu pionowo, do góry się wspinamy,
Na niewielkiej łączce, kozaki zbieramy.
Teraz będzie „hard core” - w jeżyny wchodzimy,
Długo szczytu góry, my nie zobaczymy.
Bo przez te jeżyny, w górę się wspinamy,
Nogi jeżynami, zrysowane mamy.
Tą ścianę turyści, z trudem pokonują,
Ale są i plusy: jeżyny próbują!
Nareszcie polana, to jest „łaska Pańska”,
Blisko szczyt dzisiejszy - Magura Łomniańska.
Po tym ciężkim wejściu, mamy w oczach „świeczki”,
Na szczycie jest pomnik, żołnierzy radzieckich.
Jest tu dzisiaj również uroczystość miła,
Darek i Marysia - Koronę zdobyła!
Dwudziestopięciolecie - też fetowaliśmy,
I jubilatowi, „Sto lat” - śpiewaliśmy.
Po ogromnej męce, po ciężkim mozole,
Po czterech godzinach, jesteśmy na dole.
Tu się przebieramy, bardzo się spieszymy,
Jeszcze przed granicą, zakupy zrobimy.
Co wiec kupujemy? Najchętniej koniaki,
Ukraińskie piwa, wódek różne smaki!
Kwasu chlebowego - będzie do przepitki,
I różne balsamy - zdrowotne napitki!
Trudno wybrać słodycze, spośród smaków stu.
Lecz najlepiej idą - krówki: „Who said Muuu? „
Potem: trufle, śliwki, miód nie byle jaki,
Oczywiście chałwa - są, aż cztery smaki!
I kiedy autobus, jest na „full” dopchany,
Trochę niepewnie, do granicy zmierzamy.
Śmierdzących ciuchów, wąchać ochoty nie mają,
Dlatego celnicy, prawie nas nie sprawdzają.
Mimo to, standardowo dwie godziny stoimy,
W gorącym autobusie, prawie się dusimy!
Jeszcze w Taurusie, golonko zjadamy,
Trochę po północy, do „bazy” zjeżdżamy.


Podsumowanie.

ukraina08 (85 kB)

Ponad pięćdziesiąt osób, to przecież nie mało,
Na wycieczce hasło obowiązywało:
„Nim bracie wyruszysz, w ukraińskie góry,
Od siebie, nie od innych, wymagaj kultury!”
Wszyscy do tego hasła się stosowaliśmy,
Mijanym osobom: „Dobry Deń” - mówiliśmy.
Służyliśmy pomocą oraz „dobrym słowem”,
A czasem „napitkiem” - o tym, też tu powiem!
Były bąble jak balon, a nie mała krostka,
Jednemu koledze -powinęła się kostka.
Wszystkim, medycznej porady udzielała,
„Pani Doktor Agata” - dobrze się spisała!
Albert swoją „bryką”, bardzo dobrze powoził,
Na najgorsze nawet miejsca, nas dowoził.
Pogoda wspaniała, słonko „non stop” grzało,
A jak było trzeba, wiaterkiem zawiało!
Tadek, Jacek, Agata - na gitarach grali,
I na zmianę, pod wiata, grupę rozbawiali.
Pokoje były „ekstra”, może jadła mało!
Lecz piwa w „mahazinie”, nam nie brakowało …
No i ciekawostka: nasza Renia miła,
Grzyby w lesie zbierała, w pokoju suszyła!
Teraz prowadzący: „Kogóż my tu mamy?”
Nieczęsto takich „profesorów” spotykamy!
Gienek i Marek, każdy z tego słynie,
Od dawna są zakochani, w Ukrainie.
Toteż nie ma takiej góry, czy też trasy,
Gdzie nie zaprowadziłyby nas, te dwa asy.
No a Jurek wszystko dokładnie filmował,
Wspomnienia z wycieczki, na zawsze zachował …
Autor opisu … na „imprach” się nie udzielał,
Lecz specjalną piosenkę, dla wszystkich zaśpiewał.

Kołomyjka ukraińska.

Siedzimy przy piwie, na Ukrainie,
Czas nam wolniej płynie …
Rozmawiamy, wspominamy,
I - śpiewamy:

    Ref.: Ukraino, Ukraino!
    Jakżeś piękną jest krainą!
    My po górach się wspinamy,
    Dobrze Ciebie znamy.

Przemierzamy w górach, długie szlaki,
Zmęczenie daje się we znaki.
My po górach wciąż stąpamy,
I - śpiewamy:

    Ref.

Tyle szczytów jeszcze do zdobycia,
Czy nam starczy życia?
Na pewno się nie poddamy,
Zaśpiewamy …

    Ref.

Waldemar Ciszewski - 09 – 14.09.2016 r.


ukraina07 (78 kB) pasek (6 kB)
Relacja fotograficzna - Waldemar Ciszewski
Relacja fotograficzna - Eugeniusz H.
Linia
Powrót



kontur (2 kB)
copyright